Jak zostać (lub nie zostać) pisarzem, czyli apel do redaktorów

Nie będzie to recenzja powieści Johna Steinbecka „Na wschód od Edenu”, choć od niej zacznę. Już się z Państwem dzieliłem myślą, że mam zwyczaj wracać do klasyki literatury, by poszerzać swoje kompetencje językowe, które wiotczeją, ulegają atrofii, gdy czytam tylko prozę współczesną, zwłaszcza gatunkową. (Czytam ją mimo wszystko chętnie, często i z przyjemnością).

„Na wschód od Edenu” to moja ulubiona powieść Steinbecka, choć nie za nią dostał Nobla, a za „Grona gniewu”. To ważna powieść i warto ją czytać, ale chcę na jej przykładzie opowiedzieć o czymś innym. Wracając do niej, chciałem przyjrzeć się konstrukcji tej mistrzowskiej prozy. Do 50. strony – posługuję się dwutomowym wydaniem PIW z 1991 r. – wiedziałem tak wiele o Samuelu Hamiltonie i jego rodzinie, a jeszcze więcej o Cyrusie Tracku i jego synach Karolu i Adamie, o dwóch żonach Cyrusa, o tym, jak wiele wydarzyło się w życiu dorastających chłopaków, którzy walczyli o uwagę ojca, dowiedziałem się o dolinie Salinas, o warunkach życia w Kalifornii, o ówczesnym świecie; dowiedziałem się więcej niż na 700-stronicowej kryminalnej współczesnej powieści.

Steinbeckowska proza sprawiła, że wciągnąłem się w nią, nie bacząc na to, że przecież znam fabułę i że zapadła głęboka noc. Co wyróżnia tę książkę na tle dzisiejszych? Bohaterów widzimy w działaniu, nie dłubiemy w kłębowisku ich emocji, możemy się ich tylko domyślać; nie siedzimy w ich głowach, nie wiemy, co myślą, widzimy, co robią. Nie ma usprawiedliwiania złych uczynków złym dzieciństwem – jakże to dzić popularne. Powieść kończy słowo: timshel – możesz / masz wybór. |Wszystko to razem stanowi przewagę Steinbecka nad dzisiejszymi autorami, którzy opowiadają głównie, co kto pomyślał i co poczuł oraz dlaczego poczuł. Na czyny: te złe i te heroiczne, zostaje wtedy mało miejsca.

Czas na to, jak nie zostać pisarzem

W związku z tymi przemyśleniami przypomniała mi się wydana jakiś czas temu książka Wisławy Szymborskiej „Poczta literacka, czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem”. To zbiór odpowiedzi, które ukazywały się na łamach „Przekroju”. Szymborska – pod pseudonimem – udzielała odpowiedzi ludziom, którzy przysyłali do redakcji swoje próby literackie: prozę i wiersze. Odpowiedzi były raczej krótkie, Szymborska pisała je z właściwą sobie ironią i humorem. Wśród nadesłanych utworów rzadko zdarzały się prawdziwe perełki. Większość to były rzeczy banalne, pełne frazesów, nieudane próby naśladownictwa wybranego mistrza słowa. W oczywisty dla wprawnego oka sposób nie kwalifikowały się do druku.

Apel do redaktorów

Chciałbym, by współcześni redaktorzy postępowali jak Szymborska, a nie akceptowali do publikacji książki pisane przez ludzi, którzy nie dość w życiu przeczytali i nie mają w związku z tym pojęcia o literaturze. Poetka wskazywała nadmiar patosu, brak umiejętności przyglądania się światu z uwagą i namysłem, a nade wszystko nieoczytanie. Nie trzeba nigdzie jechać, by odbyć podróż i zostać pisarzem – przekonywała. Wśród rad, których udzielała, były apele tego rodzaju: „lekarze przepisują pigułki, my przepisujemy gramatykę języka polskiego trzy razy dziennie po posiłku”. Piętnowała także nadreprezentację słowa „posiadać” – ten apel pozostaje niewysłuchany do dziś, a jego aktualność nawet wzrosła.

Jest tam też rada, którą Szymborska powinna była sama wziąć do serca. Pisze w wyjątkowo dłuższej notce o wadach panegiryków, które powstają po śmierci wybitnych, znanych postaci. Zaleca m.in., by po śmierci człowieka, którego chcemy uhonorować dziełem pośmiertnym, nieco odczekać, by myśl „osiągnęła ostateczny i niepowtarzalny kształt”. Cóż, gdyby sama nieco poczekała, może nie musiałaby pisać w ogóle wiersza po śmierci Stalina.

Jednak całość to dobra, zabawna i pouczająca lektura dla czytelników, pisarzy, ale i dla redaktorów. Zapraszam do dyskusji.

Lubomir Baker

Podobne wpisy