Strona głównaWywiadPrzyszłość będzie taka jak teraz, tylko bardziej

Przyszłość będzie taka jak teraz, tylko bardziej

JAROSŁAW GRZĘDOWICZ każde długo czekać czytelnikom na nowe powieści,
ale gdy już się ukażą, budzą sensację. W wywiadzie opowiada o ogólnoświatowej polityce, która dopadała go podczas pisania najnowszej książki „Hel3” i wyjaśnia, czym różni się futurystyka od fantasy. Tłumaczy też, dlaczego nie może jadać zgodnie z nowymi trendami kulinarnym, a także przewiduje, że niestety niebawem grozi nam „żołędziolada”.

Co tak fascynującego jest w helu, że uczynił Pan z tego pierwiastka bohatera tytułowego powieści?
To jest clou historii, w tym zawiera się istota tego, o co w książce chodzi. Był taki okres tuż po wojnie, kiedy powstawały mroczne powieści sensacyjne, głównie pisane przez Francuzów, w tzw. stylu noir. Wszystko było w nich złe i podłe, bohaterowie cyniczni do szpiku kości. Taki postwojenny egzystencjalizm. Słynna „Cena strachu” należała do tego nurtu. Niejaki Cizia Zykë napisał wówczas książkę o przemytnikach z marginesu, szmuglujących samochody do Czarnej Afryki i zatytułował ją: „Sahara”. Drugą napisał o Ameryce Południowej i ona się nazywała po prostu „Złoto”. Koniec i kropka. Do mojej książki zmieniałem tytuły. Sprzeczałem się z wydawcą. Stanęło na „Hel3”, bo to w części zabieg marketingowy: krótkie hasło, które na pierwszy rzut oka niewiele mówi, ale potem wszystko się wyjaśnia. To książka wielowymiarowa, zawiera wątek dystopijny. Na pierwszy rzut oka może sprawiać wrażenie jeremiady o kondycji świata, a tymczasem jest to książka sensacyjna i ten tytuł to podkreśla. Ma być intrygujący, żeby dało się domyśleć, że w tle jest akcja. Jak zdecydowaliśmy się na ten tytuł, bałem się, że ludzie będą pytali, a kiedy będzie „Hel 4” i gdzie są pierwsze dwa tomy.

Takie pytania nie są wykluczone, ale od początku zarzekał się Pan, że to będzie powieść jednotomowa.
W science fiction było kiedyś normą, że pisze się pojedyncze książki – stand alone, zbudowane wokół pomysłu i to ma być powrót do tej metody. Jest to też dla mnie terapia, bo napisałem rozbudowaną powieść wielotomową i chciałem się nauczyć na nowo kompozycji. To człowieka rozwydrza, gdy ma do dyspozycji dowolną objętość i dopóki nie zaczyna bredzić, nie musi się przejmować, że jakaś scena jest długa. Trochę jakby się płynęło przez ocean – na nic się nie wpadnie, nie ma ograniczeń. Po takim doświadczeniu usiąść do powieści, która ma zakreślone ramy, skończyć w określonym momencie, albo, Boże uchowaj, siąść do opowiadania, to jest problem. Tę umiejętność się zwyczajnie traci. Chciałem ją odzyskać.

Trochę się Pan nad tą powieścią gimnastykował.
Ale nie ze względu na objętość. Ona jest po prostu trudna fabularnie.

Nie rozpieszcza Pan czytelników. Nie działa Pan metodą co rok prorok, tylko każe Pan czekać na swoje książki.
Ja bym chciał pisać częściej, ale pewnych rzeczy nie da się przyspieszyć. Pisarz jest trochę jak plantator. Jak posadzi kukurydzę, to nie zbierze jej za tydzień i już. Nic się na to nie da poradzić. Poza tym bardzo mi zależy na jakości mojej prozy, a to wymaga pracy. Tego nie można tak po prostu napisać i wystrzelić w kosmos. Czasem powieść pisze się krócej, czasem dłużej. Wszystko zależy od materiału i tego z góry nie wiadomo. Najpierw patrzę na temat z zewnątrz i wyobrażam sobie, że to napiszę w określony sposób. Potem okazuje się, że to nie będzie takie łatwe. Pewne wątki są skomplikowane, pewne rzeczy trzeba domyśleć, we wszystkim są dziury fabularne. Tutaj jeszcze mi na kark wlazła ogólnoświatowa polityka, sytuacja cywilizacyjna, która mnie nieustannie doganiała. Zaczynałem w innym świecie niż dzisiejszy i musiałem brać to pod uwagę.

Zaskoczył mnie Pan stwierdzeniem, że to ma być powieść sensacyjna, gdy ja wyraźnie postrzegam „Hel 3” jako prozę profetyczną, mającą opowiedzieć, dokąd zmierza nasza cywilizacja.
Dokąd może zmierzać. To jest ważne. Fantastyka tym się różni od futurystyki. Nie udaję, że miałem wizję i tak na pewno będzie. Ja nie sądzę, że świat będzie dokładnie tak wyglądał za trzydzieści lat, ale obawiam się, że ewentualnie może. Warto, żebyśmy teraz się nad tym zastanowili, bo jeśli rzeczywistość ukształtuje się w ten sposób, to będzie już pozamiatane. Jeżeli rzeczywiście przybierze taką formę, nie będziemy mieli nic do gadania.

W skondensowanej fabule ujął Pan masę problemów ogólnoświatowych, społecznych. Na centymetr kwadratowy tej książki przypada ich bardzo wiele i w gruncie rzeczy trudno rozmawiając o niej, nie rozmawiać o polityce.
Tak, aczkolwiek nie bardzo jest sens rozmawiać o polityce bieżącej. To spojrzenie na politykę z trochę większego oddalenia, z uogólnieniem. Nie znajdziemy tu postaci ani organizacji działających obecnie, nie tylko dlatego, że to się dzieje w dużej odległości czasowej i do tego czasu wymrą, ale dlatego, że to nie ma moim zdaniem większego znaczenia. Obojętne jest, jak się poszczególne partie nazywają, tylko jaką pełnią rolę i gdzie się znajdują w ekosystemie, a to może być stałe i bez związku z personaliami.

fot.: Fabryka Słów

Może to wyraz mojej chęci, ale jak opisywał Pan rządzącą władzę, która się kosztownie bawi w najlepszej restauracji, a potem dalej w treści pojawia się informacja, że opozycja to też debile, tylko w inny sposób zidociali, trudno mi było tego nie odnieść do wieloletniej władzy i opozycji, która teraz jest władzą.
Można, ale nie jest to konieczne. Można tam umieścić dowolne partie, które dopiero powstaną i rzeczywistość będzie taka sama. Nie mam zaufania do klasy politycznej i nie będę obstawiał żadnej strony. Z tej książki wynika nieufność do pewnego systemu władzy w ogóle.

Trudno nie dostrzec nawiązania do Unii Europejskiej, która oczywiście nie jest tak nazwana, ale gdy czyta się o „ekonomii zrównoważonego rozwoju” i wynikających z niej różnych ograniczeniach, są one czystą kalką tego, z czym mamy do czynienia.
Bo to już się dzieje. Przyjąłem taką strategię: opisuję przyszłość, nieprzesadnie odległą, ale jednak odsuniętą w czasie i żeby fabuła zadziałała, nie może to być przyszłość zupełnie abstrakcyjna, po kompletnej zmianie kulturowej i świat, którego wcale nie znamy. Ona ma wynikać z tego, co znamy, i oddziaływać na wyobraźnię czytelnika. Po pierwsze musi być wiarygodna, a po drugie chciałem zachować wątek pseudoprofetyczny. Fantastyka naukowa jest po to, by mówić o teraźniejszości tylko za pomocą metafory zawierającej przyszłość. Większość wątków z powieści – wyglądających na przerysowane i niepokojące – już istnieje.

Kary, które płacimy za węgiel, są.
Płacimy je od konferencji sztokholmskiej, która miała miejsce sześć lat temu, tylko płacimy je krocząco. Co roku stwierdzamy, że rachunek za prąd jest niedorzecznie wyższy, niż by wynikało z ekonomii i nie wiemy dlaczego. A my po prostu płacimy za ślad węglowy i to jest wpisane w nasze rachunki.

Wierzy Pan w spiskowe teorie, mówiące, że istnieje władza, która chce wprowadzić Nowy Porządek Świata?
Lubię teorie spiskowe wykorzystywać w literaturze, bo są inspirujące. Prywatnie – trudno mi powiedzieć. Być może są ludzie, którzy mają takie intencje, natomiast trudno mi uwierzyć w grupkę nawet kilkunastu osób, nawet bardzo wpływowych, które nie dość że są w stanie zachować bezwzględną tajemnicę, to jeszcze zachować skuteczność. Nie twierdzę, że spiski nie istnieją, bo wiem, że istnieją, ale pytanie, czy są w ogóle skuteczne? Być może próby są podejmowane i tego typu tęsknoty są formułowane. Na ile to ma realne przełożenie na rzeczywistość – nie wiem. Same teorie spiskowe są inspirujące dla pisarza fantastyki. Są gotową materią literacką, która daje światu inną warstwę, dodatkową motywację, coś, co jest złowrogie. Nie jestem wyznawcą teorii spiskowych, tylko ich obserwatorem ale czasami miewam wątpliwości nawet w prostych sprawach. Na przykład stosunkowo niedawno miała miejsce afera z pewną mutacją grypy H1N1. Tak zwana „świńska grypa”. Wszyscy na potęgę kupowali za kosmiczne pieniądze szczepionki na grypę z poprzedniego roku. Wchodziły w grę biliony dolarów. Polska tego nie kupiła, bo nie miała forsy. Ówczesna minister tłumaczyła, że szczepionki są nieskuteczne na ten konkretny szczep. Wtedy ją zakrzyczano. Okazało się potem, że miała rację, ale trzy czwarte świata wtopiło kosmiczne sumy, a przecież wszędzie są mikrobiolodzy, którzy zdają sobie sprawę, że nie da się wyleczyć jednej mutacji grypy drugą. Takie pojedyncze rzeczy się zdarzają. W latach 90. funkcjonował straszak pt. dziura ozonowa. Sęk w tym, że okazało się, że ona jest, powiększa się, potem maleje, tak sobie fluktuuje. Rzucono się na freony, które były w dezodorantach. Ktoś na pewno zrobił na tym interes życia, bo nagle trzeba było od niego kupować nowy odczynnik. Uczeni nieśmiało mówili, że freon rozpada się w górnych warstwach atmosfery, ozon też jest nietrwały i gromadzi się z powodów ruchów Ziemi.

Teraz jest globalne ocieplenie.
To jest przebój wszech czasów. Teraz się mówi raczej „katastrofalna zmiana klimatu”, bo ocieplenia jakoś nie widać. Nie chcę wypaść jak wariat, ale jeśli spojrzy się na prognozy IPSC z początku wieku, to już powinniśmy się gotować. Prognozy zawsze mówią, że jeszcze przez pięć lat będzie dobrze, a potem temperatura pójdzie w górę. Są rzeczy, które gołym okiem widać, że są medialne, że szeroko wpływają na różne dziedziny życia, a jednocześnie uczonym, którzy za tym lobbują, jakoś zawsze wszystko wychodzi. Normalnie w przyrodzie jest tak, że bywa różnie, w badaniach jest wskazanie na korelację, ale nie jest całkowicie jednoznaczne, są zastrzeżenia, margines błędu. A im zawsze wychodzi na 100 procent. W zeszłym tygodniu mieliście 100 proc. racji, a po najnowszych badaniach jeszcze więcej i to już przypomina objawienie boskie.

 

Ja bym chciał pisać częściej, ale pewnych rzeczy nie da się przyspieszyć. Pisarz jest trochę jak plantator. Jak posadzi kukurydzę,
to nie zbierze jej za tydzień i już. Nic się na to nie da poradzić. Poza tym bardzo mi zależy na jakości mojej prozy, a to wymaga pracy.

 

Tak było z wyborami w Związku Radzieckim.
Dlatego nabieram podejrzliwości, kiedy widzę takie newsy.

Myśli Pan, że mamy jeszcze szansę odwrotu od tego, co Pan opisał, że będziemy żyli w świecie wirtualnym?
Nie. Nie widzę szansy na odwrót. Ta dziedzina rozwija się jako jedna z nielicznych. Nowych przestrzeni w internecie i nowych mediach przybywa, gadżetów też. Cieszy się to nieustającą popularnością. Ludzie zakochali się w tych facebookach, twitterach, ćwierkają i tym żyją.

Moja ulubiona scena Pana książki odbywa się na lotnisku, kiedy bohater, pozbawiony elektronicznych gadżetów, patrzy na otoczenie, dostrzega ohydę realnego świata i widzi, że ludzie z klapkami na oczach zachowują się tak, że nie można odróżnić wariata od normalnego. Uświadomiłam sobie, że podobne sceny widzimy codziennie.
Tak, tylko dyskretniej, bo na ekranie. Ale wyobraźmy sobie, że uruchamiamy różne funkcje ruchem ręki, bo nam się wyświetlają na okularach i widzimy to wokół siebie. Z boku ktoś taki będzie wyglądał na szaleńca. W tej książce panuje zasada, że przyszłość będzie taka jak teraz, tylko bardziej. Nie mamy wirtualnych gogli, ale zasada pozostaje niezmienna. Dzięki tej sztuczce moja wizja może trafić, jest rozpoznawalna. Zarysowana grubą linią, karykaturalna ale poznajemy, na podstawie czego zrobiona.

Jednym z bardziej przerażających elementów wizji, którą Pan roztacza, jest to, że nie będziemy mieli przemysłu, będziemy żyli jako Polacy w nędzy. Pisze Pan, że rząd uważa, że nie są nam potrzebni „Janusze techniki”.
Są teorie, które mówią, że mamy przypisaną rolę sprzedawców, konsumentów. To jest zbudowane wokół pewnej szkoły geopolityki, która rozdaje stałe role państwom i kulturom. W tej wizji pełnimy nieco podrzędną funkcję, pewnie dziś ciut mniej, ale z 10 lat temu widać to było wyraźniej. Teraz coś się odradza. Ktoś coś czasem produkuje, ale na przykład w 2007 roku nie było tego widać nawet na horyzoncie. Zajmowaliśmy się reklamą, sprzedażą i tyle. Teraz kształci się inżynierów, a mamy rzesze bezrobotnych marketerów.

Pisze Pan o Tajnym Towarzystwie Degustacyjnym. Myśli Pan, że „żołędziolada” grozi nam naprawdę?
Obawiam się, że tak. Interesuję się kulinariami i widzę, że w tej chwili panuje w kuchni trend obudowany mnóstwem sloganów, które do znudzenia powtarzają, że trzeba oprzeć się na składnikach sezonowych i lokalnych. Jest nawet taki ruch „gotuj lokalnie”, który mówi, by nie brać do gotowania niczego, co rośnie dalej niż 50 mil od domu, co na nasze byłoby jakieś 75 km. Gdybym chciał się żywić tym, co rośnie na Mazowszu, umarłbym na szkorbut. Czasami lubię napić się herbaty, a ona tu raczej nie wyrośnie. A sok pomarańczowy? Boże uchowaj!

O piwie też raczej trzeba zapomnieć, o winie nie wspominając.
Jest browar w Warszawie.

Ale chmielu nie ma.
Kulinaria zapadły na chwilowe skretynienie i jeżeli idzie się do restauracji, dostaje się obierki w kałuży czegoś, na gigantycznym talerzu. Kosztuje to milion dolarów, a porcja jest bardzo mała. To w pewnym sensie jest kuchnia barokowa, bo stawia się na tak zwane nowe smaki: jeżeli deser – to z chilli, jeżeli danie główne – to będzie w nim masa marmolady i czegoś słodkiego. Dla mnie to wygląda jak efekt zabawy pięciolatka, typu wrzucę czekoladę do kotleta i zobaczę, co będzie. Każdy człowiek z jakimś obyciem wie, co z tego może być, ale wypada przewracać oczami i mlaskać, mówiąc, że super. Do tego dochodzi nieustanna presja mediów na jedynie słuszne diety i style życia. Więc dziwactwa, które są zaprezentowane w książce też już są wokół nas.

Optymizmem z Pana książki bije tylko w dwóch aspektach: wódka będzie i szkocka whisky też.
Nie, będzie i nie będzie. Kupuje się je nielegalnie, wódka jest kazachska. Tak jak Towarzystwo Degustacyjne istnieje, bo świat w książce jest rajem wegetarian i zwolenników zdrowotnej ascezy.

Pisze Pan: „Twoje zdrowie należy do społeczeństwa”.
Za tym stoi taka logika, że skoro wszyscy płacimy na ubezpieczenie społeczne, to jak ktoś się rozchorował, to jest to jego wina. Dlaczego mamy ze niego płacić, skoro nie jadł, jak mu kazaliśmy? Byłby wtedy na pewno zdrowy. Takie poglądy istnieją, tylko jeszcze nie są narzucane w systemie państwowym. Zupełnie na serio słyszałem pytanie, dlaczego mamy płacić za to, że ktoś złamał nogę na nartach? Bo płacił składki, więc się odczepcie.

Mediom też nie wyznaczył Pan fajnej roli. Boleśnie prawdziwie pisze Pan, że „mają kształtować opinie, ukazywać zjawiska w prawidłowym kontekście”. Czy to już się stało?
Do końca na pewno nie. Po pierwsze mamy jeszcze prasę, telewizję i radio. W mojej wizji już jest tak, jak niektórzy prorokują, że jest tylko net. U nas jeszcze istnieją różne rodzaje portali informacyjnych. Stosunki własnościowe w internecie są dość nieczytelne, więc trudno stwierdzić, kto jest odpowiedzialny za teksty w Onecie czy w Wirtualnej Polsce i dlaczego mają akurat taką formę. Jeszcze kilka lat temu, kiedyś wchodziłem na te portale, znajdowałem tam informacje podobne jak w codziennej gazecie. W tej chwili nie ma w ogóle po co tam wchodzić, bo zmieniły się w tabloidy i to jakieś obłąkane. Przemiana nastąpiła płynnie, nie zauważyłem nawet kiedy.

Lubię czytając wyprowadzać z tekstu morał. Pewnie mnie tak w szkole nauczyli. Według mnie morał, który płynie z Pana książki, jest taki, że jedyne, co nas może od tego szaleństwa uratować, to indywidualizm i samodzielność myślenia.
Jestem skłonny się z takim morałem zgodzić. Wszelkie przedziwne zjawiska, z którymi mamy do czynienia, to albo przejawy mentalności kolektywistycznej albo przejawy „nie wiadomo czego”. To charakterystyczne zjawisko XXI wieku. Ktoś wygenerował jakąś ideologię, nikt się pod nią oficjalnie nie podpisuje, a wszyscy ją muszą głosić – ideologie, zestaw poglądów albo zestaw haseł – stanowią pogląd obowiązujący i nie wiadomo dlaczego. Nie można wskazać konkretnej grupy, która za tym stoi. XX wiek miał to do siebie, że panował sztywny porządek. Każda organizacja miała logo, nazwę i swoje poglądy. I połowa XX wieku to epoka nacjonalizmów i totalitaryzmów zebranych wokół symboli. W XXI wieku nastąpiło rozmycie. Zaczął się od al-Kaidy, czyli czegoś, co jest nie wiadomo gdzie i nie wiadomo czym. Teraz właściwie mamy same takie zjawiska. Na własny użytek nazwałem je zjawiskami rozproszonymi. Na zasadzie roju generują przedziwne, narzucane nam kwestie jako jedyne rozsądne wizje świata. W tej książce jest tęsknota za staroświeckim podejściem: jest człowiek, który coś firmuje, ludzie mu ufają albo nie. To może być inwestor, wizjoner – wszystko jedno. Ktoś, kto kieruje jakimś przedsięwzięciem, ale wiadomo, czyje ono jest, za co i po co. W tej chwili nawet mało jest firm, o których wiemy, kto jest ich właścicielem. To nie jest żaden kapitalizm. Korporacje są kołchozami. Mało która ma właściciela, który ryzykuje własnymi pieniędzmi. Zamiast tego ma jakichś udziałowców, jakiś zarząd, który jest płynny. To jest kołchoz po prostu.

 

Wszelkie przedziwne zjawiska,
z którymi mamy do czynienia, to albo przejawy mentalności kolektywistycznej albo przejawy „nie wiadomo czego”. To charakterystyczne zjawisko XXI wieku. Ktoś wygenerował jakąś ideologię, nikt się pod nią oficjalnie nie podpisuje, a wszyscy ją muszą głosić. – ideologie, zestaw poglądów albo zestaw haseł – stanowią pogląd obowiązujący i nie wiadomo dlaczego.

 

Kiedy czytałam „Hel3” mój podziw rósł ze strony na stronę z uwagi na to, że gdy zostało do końca może 15 kartek, wiedziałam, że musi Pan jakoś wszystko skończyć, i w żaden sposób nie umiałam sobie wyobrazić, co może się wydarzyć, żeby wszystkie wątki sensownie się zamknęły. Panu się udało i zakończenie to moim zdaniem majstersztyk.
Trochę się tego zakończenia boję, bo ono pochodzi ze starej szkoły. To zakończenie otwarte. Kiedyś było na porządku dziennym. Stawialiśmy bohatera w sytuacji dość czytelnej, ale niedopowiedzianej. To, jakie są konsekwencje tego rodzaju sceny i zachowania, mogliśmy sobie łatwo dośpiewać, bo było logiczne, ale nie wszystko było powiedziane od A do Z. Obecnie sporo czytelników wychowanych na fantasy musi otrzymać zakończenie ewidentne: wesele, żyli długo i szczęśliwie, i kropka, i nie ma żadnych wątpliwości, co było dalej. Jak zostaje najmniejsza wątpliwość, to chcą kolejny tom. Zaryzykowałem zakończenie otwarte. Bardzo się cieszę, że są czytelnicy, którzy je zauważają.

W porównaniu z innymi autorami cieszy się Pan niezwykłym szacunkiem czytelników, którzy piszą o Panu w internecie w słowach nie tylko pochlebnych, ale wprost: genialny, mistrz. Jak Pan się z tym czuje? Duma jest oczywista…
…i zażenowanie, bo to nieadekwatne.

Czy to nie jest także balast, bo przychodzi strach, żeby następna książka nie okazała się mniej mistrzowska?
Staram się trzymać od tego z daleka. Po pierwsze wiem, jak to jest w internecie. Tam są wyłącznie oceny absolutne: albo coś jest całkowitą kichą, skandalem i autora należy zlinczować, albo jest genialne i należy go beatyfikować. Nic pośrodku nie ma. Dynamika tych ocen jest specyficzna, ludzie się nakręcają. Mają poczucie anonimowości, więc jeśli zaczynają się sprzeczać, to idzie na ostre. Raz w życiu spotkałem w realu internetowego hejtera, który chciał mnie za coś objechać i postawił sobie za cel, że w realu rzuci komuś w oczy to, co pisze w necie. Chodziło mu o to, że wpadł mu w ręce fragment promocyjny lub z egzemplarza recenzenckiego i były w nim błędy. To był surowy tekst przed redakcją i korektą, ale o tym nie wiedział. Przyszedł pytać, kiedy wydam erratę do książki, bo jest nie do czytania, zawiera tyle błędów. Uderzające było to, że ten człowiek był blady jak ściana, trząsł się cały, miał z 16 lat. To była postać rozpaczliwa. Fizycznie był mizerny, ale duchem ogromny.

Czy po spotkaniach autorskich z czytelnikami bierze Pan pod uwagę wypowiadane przez nich sugestie?
Rzadko zdarza się, by mieli bezpośrednie sugestie. Dowiaduję się czasami, za czym ludzie tęsknią, bo proszą o kontynuację wcześniejszych powieści. Daje mi to świadomość, że istnieje zapotrzebowanie, nawet jeśli nie na tego samego bohatera czy świat, to konkretny klimat. Za to refleksji, co mam pisać i jak, ludzie zazwyczaj nie miewają.

Chciałby Pan, żeby mieli?
Jasne, że nie. Lubię się posługiwać metaforą gastronomiczną: nie ma sensu, żeby kelner dopytywał się gościa, jak mają mu przyrządzić potrawę. Od tego jest szef kuchni. Gość po prostu chce, żeby było smacznie.

 

Rozmawiała Magdalena Mądrzak

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Okładka książki

Stanisław Syrewicz: Niezwykła biografia

Właśnie ukazuje się fascynująca biografia, a właściwie wywiad rzeka, jakiego Stanisław Syrewicz udzielił Jackowi Pałasińskiemu. Opowiedział o swoim absolutnie niezwykłym życiu, w którym dzięki...

Nobel dla pięknoduchów

Literacka nagroda Nobla przypadła w tym roku francuskiej pisarce Annie Ernaux. W uzasadnieniu czytamy, że uhonorowano ją za „za odwagę i chirurgiczną precyzję, z jaką...

PRODUCENCI – ANTOINE BELLO

Ostatnio często się słyszy – „ słowo jest tanie, bez wartości”, papier przyjmie wszystko. I jest w tym sporo racji, ale dziś głównie przekaz...

STARZY LUDZIE NIE ISTNIEJĄ – MAŁGORZATA WĘGLARZ

„Żyjemy w świecie, gdzie wszystko musi dziać się szybko, pędzimy byle dalej, byle lepiej. W naszym świecie starzy ludzie nie istnieją." - cytat z...

Jak smakuje trucizna? Zapytajcie Neil Bradbury

Podtytuł tej książki brzmi: „11 najbardziej śmiertelnych trucizn i historie morderców, którzy ich użyli”. Autor jest profesorem fizjologii i biofizyki. Ma zdecydowanie niekonwencjonalną metodę na szerzenie wiedzy,...

„Czarodziej” Colma Tóibína – opowieść o Tomaszu Mannie

Irlandzki pisarz lubi zajmować się literacko pisarzami, którzy mieli skłonności homoerotyczne i – z uwagi na wymogi czasów, w których przyszło im żyć – ukrywali je. Tak powstała książka...

Literacki roman(s) z Piotrem C.

„Miłość mojego życia poznałem w styczniu. Coś takiego musiało skończyć się nieszczęściem” – tak zaczyna się najnowsza powieść tajemniczego Piotra C., mieszkańca warszawskiej Ochoty....

„One Piece” to najobszerniejsza manga świata. Pewien artysta nietuzinkowo to wykorzystał

Artysta Ilan Manouach sięgnął po „One Piece", najdłużej wydawaną i najobszerniejszą mangę w historii, aby uczynić z niej bohatera swojego nowego projektu. Tym samym...
0
Would love your thoughts, please comment.x