Andrzej Pilipiuk: Ludzie którzy wiedzą

Rekomendowałem już Państwu „Traktat o higienie”, imponującą rozmiarami i rozmachem książkę, w której Fabryka Słów zebrała opowiadania o doktorze Skórzewskim. Tym razem dostajemy Roberta Storma na tysiącu (prawie dokładnie) stronicach.
Robert Storm to mój ulubiony bohater bezjakubowych opowiadań Andrzeja Pilipiuka. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że „bezjakubowy” oznacza tom, w którym nie występuje Jakub Wędrowycz, bodajże największy opój i największy rozrabiaka w historii literatury.
Wracając do Storma, dzięki wydaniu prawie wszystkich historii z jego udziałem, miałem okazję jeszcze bliżej go poznać od czasów szkolnych po dorosłość, która oby się nigdy nie zakończyła.
Strom jest niedzisiejszym dziwakiem. Pije herbatę z samowaru, telewizora nie ma, umie samodzielnie oprawić książkę, jeździ po zapadłych dziurach, by wydobywać okruchy przeszłości i nadawać im na nowo polor. By tego dokonać, dysponuje w domu laboratorium dużego chemika – takie przynajmniej odnoszę wrażenie, gdy czytam opisy substancji, które z łatwością tworzy, by na przykład dorobić imitujące kość słoniową, brakujące figury do kompletu szachów.
Przy okazji jest detektywem ze specjalizacją: przeszłość. Chcesz znaleźć cygański kociołek, który zaginął przed wojną, sztandar carskiego pułku z I wojny światowej, narzędzia szewca z getta albo inne tego typu przedmioty – Robert Storm da radę. Jako historyk jestem autorowi bardzo wdzięczny, że precyzyjnie opisuje, gdzie jego bohater takich informacji szuka, co być może natchnie czytelników do samodzielnego zaglądania do wspaniałych źródeł mówiących o naszej przeszłości.
Opowiadania o Stormie były rozbite na wiele tomów, ale ich zebranie w jedno pokazuje, w jak precyzyjną, spójną całość się złożyły. Tarapaty miłosne z Martą w roli głównej układają się w jedną historię, podobnie jak dojrzewanie zawodowe Roberta od ciekawego świata młokosa, który wypłukuje złoto, by sobie dorobić, po szanowanego członka „Grona Jarzębiny” z osiągnięciami na polu detektywistyki historycznej. Świadczy to jak najlepiej o autorze, który na przestrzeni 20 lat utrzymał logikę rozwoju osobowego bohatera, który przecież nigdy wcześniej nie awansował do roli postaci tytułowej.
Jest w opowiadaniach o Stormie element fantastyki, bowiem są sprawy, które lepiej zostawić nierozpoznane. Jest to fantastyka nienachalna, mierzona miarką, jakiej zapewne każdy z nas w swoim życiu choć trochę doznaje. Jest też żal za utraconym bezpowrotnie pięknem, dziełami sztuki, życiem bohaterskich przodków. I jest zupełnie w tle klan Stormów, który nigdy nie da zginąć swojakowi.
Pozostaje mi tylko podziękować wydawcy, że zebrał opowiadania o moim ulubionym bohaterze i tak elegancko je wydał. Przy okazji jeszcze sugestia: sam znam przynajmniej dwie osoby, którym kupię tę książkę pod choinkę (i nie, nie mam prowizji od sprzedaży).
Lubomir Baker