Michał Organiściak: Poławiacze sunu
Czy debiutancka w Fabryce Słów powieść „Poławiacze sunu” Michała Organiściaka okaże się hitem?
Wydawca pisze, że Michał Organiściak, autor „Poławiaczy sunu” to w życiu zawodowym prezes, ale prezes z marzeniem o byciu pisarzem. Marzenie właśnie mu się materializuje. Jeszcze nie czytaliśmy, ale okładka wygląda obiecująco. Nie wiemy jeszcze, czy ocenianie książek po okładce sprawdzi się w tym przypadku. Wygląda na to, że gdzieś będziemy płynąć, że będzie głębia i być może utoniemy.
Fabryka Słów kusi nas do czytania, pisząc tak:
„Nie każdy upadek kończy się na dnie. Czasem dno jest dopiero początkiem drogi”.
{Tu przypomina nam się oklepane powiedzenie, że byliśmy na dnie, gdy nagle usłyszeliśmy pukanie od dołu, ale to tylko taka refleksja bez związku}.
Życie Martena, oficera marynarki Koralowego Lorda, miało być prostą ścieżką ku zaszczytom. Skończyło się jednak na polu bitwy, w krwi kompanów, gdzie dwa księżyce zwiastowały szaleństwo. Aby przeżyć, Marten musiał sięgnąć po sunu – narkotyk, który raz skosztowany, staje się jedynym panem i władcą. To wyrok zapisany w żyłach, przed którym nie ma ucieczki.
Oto historia dwóch braci, których los rozdzielił, a ambicja i błędy przeszłości znów pchnęły ku sobie. Starszego, który walczy o resztki godności w oparach magicznego głodu, i młodszego, Cobara, który w pogoni za wielkością zbyt często zapomina, że dno rzeki jest bliżej niż szczyt masztu.
To kronika świata, gdzie salwy burtowe i świst korsarskich kordelasów zagłuszają szept politycznych intryg. Magia nie jest tu darem bogów, lecz bronią, która najpierw uzależnia, a potem pożera duszę i ciało. A gdy wielka polityka zderza się z desperacją wyjętych spod prawa, jedno pozostaje pewne – każda decyzja ma swoją cenę, najczęściej płaconą krwią.