Strona głównaWywiadNie mam wyjścia muszę trzymać wysoki poziom

Nie mam wyjścia muszę trzymać wysoki poziom

Ryszard ĆWIRLEJ – ulubiony autor kryminałów wielu czytelników, o czym świadczy sympatia, z jaką przyjmowane są jego kolejne książki oraz nagrody literackie – opowiada, dlaczego w męski świat poznańskich policjantów wprowadził kobietę, jak pisze sceny pełne przemocy i jaki rodzaj humoru najbardziej mu odpowiada. Wyjaśnia też, dlaczego nie będzie pisał więcej niż dotychczas.

fot. Archiwum Wydawnictwa Poznańskiego

Którą część swojej pracy Pan woli: kryminały retro, PRL-owskie czy te współczesne? Może któreś łatwiej się pisze? 

Do pisania każdej powieści podchodzę zawsze w ten sam sposób. Najpierw zaczynam od dokumentacji epoki, czyli dokładnego sprawdzenia tła historycznego, w którym rozgrywać się będzie akacja. I nie ma większego znaczenia, czy umieszczam ją w roku 1919, 1985 czy 2015. Każdy rok wymaga poważnego potraktowania i dokładnego pozbierania faktów historycznych. Chodzi o to, by bohaterowie nie byli osadzeni w próżni, ale w jakiejś konkretnej historycznej rzeczywistości, by postaci wykreowane przeze mnie miały o czym rozmawiać, a wiadomo, że Polacy najbardziej lubią rozmawiać o polityce. No więc dokładna dokumentacja epoki ma im dać tematy do rozmów, bo przecież nie mogą gadać tylko o śledztwie czy domniemanych motywach mordercy. Stają się wiarygodni, gdy krytykują Piłsudskiego, psioczą na Jaruzelskiego albo śmieją się z Kaczyńskiego.

O Pana bohaterach cyklu PRL-owskigo pewien czytelnik napisał tak: „Charakterne chłopaki, a nie jakieś szuszwole – tacy są bohaterowie książki Ryszarda Ćwirleja”. Dlaczego lubimy czytać o tych Pana zupełnie nieświętych policjantach w czasach mody na wystylizowanych, pozbawionych agresji facetów w rurkach? 

Może dlatego że są to ludzie z krwi i kości, doskonale pasujący do trudnych czasów, w jakich przyszło im żyć. Każdy z nich musiał być człowiekiem zaradnym, umiejącym poradzić sobie nie tylko z trudnym śledztwem, ale także i z przeciwnościami życia, które oferowały czasy PRL-u. Dziś wszystko wydaje się prostsze, a codzienność nie wymaga od nas żadnych poświeceń czy dokonywania trudnych wyborów. Wtedy każdego dnia zwykli ludzie musieli walczyć o lepsze życie. A frontem walki były nawet zwyczajne sklepy spożywcze, w których by dostać coś do jedzenia, trzeba było ustawiać się w kolejce już o trzeciej w nocy. Ci faceci wiedzieli, że aby kupić meble czy samochód muszą najpierw wykombinować talon, który teoretycznie dostawali najbardziej zasłużeni albo ci, którzy potrafili kombinować. No to kombinowali, bo inaczej nie dało się przeżyć. Tamte czasy tworzyły więc ludzi zaradnych, którzy wiedzieli, jak sobie poradzić w życiu. Dzisiejsi bohaterowie codzienności w socjalistycznym ustroju chyba byliby całkowicie bezradni. Bo jak żyć, kiedy jeden telefon przypada na pięćdziesiąt rodzin mieszkających w bloku?

Głównym bohaterem „Ostrej jazdy”, Pana najnowszej powieści, jest Aneta Nowak. Czy zdecydował się Pan na wprowadzenie policjantki w dotychczas raczej męski świat, bo temat gender jest modny?

Aneta powstała dlatego, że chcę tworzyć wiarygodne opowieści kryminalne. Jeśli piszę o policji przedwojennej czy milicji z czasów PRL-u, to naturalnym jest, że odtwarzam świat zdominowany przez mężczyzn. Przed wojną w policji pracowało bardzo niewiele kobiet. Policjantki wykonywały prace biurowe i ewentualnie zajmowały się kwestiami obyczajowymi. Podobnie było w milicji, jednak tutaj zaczęły się już powoli pojawiać kobiety w pionach śledczych. Ale dopiero współczesność przyniosła prawdziwą rewolucję. Dziś nikogo już nie dziwi dziewczyna w policyjnym mundurze patrolująca ulicę czy przyjeżdżająca na interwencję. Kobiet jest coraz więcej i co ważniejsze każdego dnia udowadniają swoim kolegom, że świetnie sobie radzą. Dlatego mój wybór był czymś naturalnym. W zdominowany przez facetów świat moich byłych milicjantów, a obecnie policjantów musiałem wstawić przebojową dziewczynę. I okazuje się, że Aneta w tej rzeczywistości świetnie sobie radzi.

W „Ostrej jeździe” odnajdujemy Pana starych, PRL-owskich bohaterów, usadzonych w nowej rzeczywistości. Podejrzewam, że miał Pan sporo uciechy, wymyślając dla nich znakomite, pasujące do ich zdolności współczesne miejsca pracy… 

To oni sami dokonali wyborów, a ja to tylko opisałem. Te wybory były naturalną konsekwencją ich dotychczasowych przeżyć i doświadczeń. Więc można powiedzieć, że to, co robili w czasach PRL-u zdeterminowało ich kroki w wolnej Polsce. Ale przecież nie mogło być inaczej. Bo czy moi bohaterowie byliby wiarygodni, gdyby okazało się, że we współczesności cinkciarz Gruby Rychu został właścicielem księgarni, rasowy gliniarz Fred Marcinkowski znanym adwokatem, a pijaczyna i farciarz Teofil Olkiewicz emerytem spędzającym czas na ogródku działkowym? Ci ludzie musieli trafić do miejsc, w których w dalszym ciągu mogą popisywać się swoimi niezwykłymi umiejętnościami. To coś w rodzaju przeznaczenia.

Najlepiej ujął to Tomuś Czereśniak, jeden z bohaterów serialu wszech czasów „Czterej pancerni i pies”: „Każdemu to, na czym umie pracować – chłopu ziemię, piszącemu papier, a grającemu harmonię”.

Nie stroni Pan od opisywania scen przemocy. Są one uzasadnione, wynikają z potrzeby fabuły, a w czytelniku budzą silne emocje. Czy pisze się je tak samo jak inne? Czy w Panu też emocje grają silniej w chwili ich tworzenia? 

W powieści kryminalnej każde scena ma swoją wartość, która sprawia, że akcja idzie do przodu szybciej lub wolniej, zależnie od tego, co autor w tej chwili chce zaserwować czytelnikowi. Sceny przemocy, prócz tego, że budzą emocje, sprawiają, że akcja staje się bardziej dynamiczna. Ale nie można z nimi przesadzić, bo przecież nie o to chodzi, by w książce epatować przemocą. Trzeba stworzyć odpowiednią mieszankę różnych scen niosących różną dawkę emocji, odpowiednio je wymieszać, by powstała książka, która zaciekawia, wciąga, ale też daje odrobinę wytchnienia i czasami zmusza do refleksji. To jak dobry przepis na zupę, do której w odpowiednich proporcjach trzeba dodać warzyw mięsa i przypraw, by na koniec podać gościom potrawę, która wszystkim będzie smakować.

Jednym z wątków Pana powieści jest tzw. gra teczkami dawnych agentów. To delikatny temat, budzący wiele emocji po obu stronach sporu. Chciałabym tylko zapytać, czy wierzy Pan, że ktoś mógł pogrywać sobie z UB-ekami? 

Wielki Kaliber 2016

Emocje we mnie budzi haniebny sposób wykorzystywania esbeckich teczek do oczerniania ludzi, którzy poświęcili swoje zdrowie, kariery, często narażając życie, w walce o wolną Polskę. I nie ma się co oszukiwać, gra teczkami idzie w najlepsze. Tyle że te prawdziwe teczki dawno zostały zniszczone przez SB, a do rąk dzisiejszych inkwizytorów trafiły te, które miały do nich trafić, czyli takie, które zostały stworzone i całkowicie spreparowane przez służby po to, by oczerniać i niszczyć politycznych wrogów. Te teczki wykorzystują teraz ludzie, którzy chcą pisać historię na nowo, ci, którzy w czasach, gdy walka z komuną wymagała odwagi siedzieli w domach i nic nie robili. Teraz opluwają bohaterów i jednocześnie mówią o swoich, wymyślonych zasługach. Miernoty włażą na pomniki, siadają na plecach wielkich postaci i krzyczą, że te pomniki im się należą. Nie dostrzegają tego, jak bardzo są groteskowi.

Czytelnicy pisząc o Pana książkach, używają sformułowania: „Ćwirlejowski humor”. Czy czuje się Pan zasłużonym twórcą pewnego gatunku dowcipu?  
Zgarnął Pan trzy nagrody Wielkiego Kalibru, w tym dwie od czytelników. Czy teraz nie jest Panu trudniej pisać kolejne książki, bo strach rozczarować wielbicieli Pana twórczości? 

Wielki Kaliber 2018

Pełnokrwisty kryminał, który zawiera wszystkie elementy klasycznej powieści kryminalnej, czyli intrygę, bohatera, zagadkę, zwroty akcji, doprawiony szczyptą humoru staje się znacznie bardziej atrakcyjny. Jednak nie chodzi o to, by do dialogów wrzucić jakiś dowcip i kwestie humorystyczne są już załatwione. To tak nie działa, choć niektórym wydaje się, że o to w pisaniu chodzi. Mój sposób na lekkie przymrużenie oka, to opowiadanie o pewnych absurdach rzeczywistości i jednocześnie konfrontowanie z tymi idiotyzmami moich bohaterów. Lubię humor sytuacyjny, który z zaskakującego zdarzenia przenosi się na dialog, a ten niejako uzupełnia i podkreśla całą absurdalność tej sytuacji. Jeśli czytelnicy postrzegają to jako humor ćwirlejowski, to mogę się tylko cieszyć, choć muszę przypomnieć, że przede mną było wielu znacznie lepszych ode mnie pisarzy, którzy takie zabiegi stosowali z powodzeniem, a ja jestem tylko ich pojętnym uczniem.

Jeśli zaś chodzi o pisanie kolejnych książek, to znów posłużę się filmowym cytatem, tym razem z „Misia” Stanisława Barei:

A nie boi się pan tak ten węgiel wozić?

Strach jest, ale zasadniczo zawsze staram się mieć kwit.

Czy nie mógłby Pan być bardziej wydajny i pisać trochę częściej? Jesteśmy spragnieni dobrych kryminałów.

Najnowsza książka z serii retro o komisarzu Fischerze

Rocznie w Polsce powstaje około trzystu powieści kryminalnych, więc czytelnicy mają w czym wybierać. Ja piszę dwie powieści rocznie, a do tego jeszcze kilka opowiadań i artykułów, więc właściwie przez cały czas pracuję, pisząc różne teksty. Może gdybym był do tego zmuszony, potrafiłbym napisać jeszcze jedną, a może nawet dwie powieści w roku, ale tu rodzi się pytanie, o efekt literacki takich książek. Może jestem nieco staroświecki w swoich poglądach na literaturę, ale uważam, że autor musi przede wszystkim szanować swoich czytelników. Dlatego zanim zacznę pisać kolejną powieść, najpierw dokładnie dokumentuję temat. Bez dobrego researchu nie ma dobrej powieści osadzonej w konkretnej rzeczywistości. Sama wyszukiwarka Google to za mało. No więc wyszukuję, dokumentuję, sprawdzam, czytam, oglądam zdjęcia i gdy wreszcie poczuję, że mam odpowiedni zasób wiedzy potrzebny do napisania książki, biorę się do roboty. Gdybym chciał pisać więcej, musiałbym zrezygnować z warstwy dokumentacyjnej i tworzyć pozory, w których historyczne tło przestałoby być równoprawnym bohaterem, a stało się zwykłą teatralną dekoracją. Myślę, że obrażałbym w ten sposób inteligencję moich czytelników, a ci w wielu przypadkach na historii znają się lepiej ode mnie. Ze swoją wiedzą muszę przynajmniej próbować im dorównać. Dlatego nie mam wyjścia. Muszę trzymać wysoki poziom.

Rozmawiała Magdalena Mądrzak.

0 0 votes
Article Rating
Poprzedni artykuł
Następny artykuł
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

PRODUCENCI – ANTOINE BELLO

Ostatnio często się słyszy – „ słowo jest tanie, bez wartości”, papier przyjmie wszystko. I jest w tym sporo racji, ale dziś głównie przekaz...

STARZY LUDZIE NIE ISTNIEJĄ – MAŁGORZATA WĘGLARZ

„Żyjemy w świecie, gdzie wszystko musi dziać się szybko, pędzimy byle dalej, byle lepiej. W naszym świecie starzy ludzie nie istnieją." - cytat z...

Jak smakuje trucizna? Zapytajcie Neil Bradbury

Podtytuł tej książki brzmi: „11 najbardziej śmiertelnych trucizn i historie morderców, którzy ich użyli”. Autor jest profesorem fizjologii i biofizyki. Ma zdecydowanie niekonwencjonalną metodę na szerzenie wiedzy,...

„Czarodziej” Colma Tóibína – opowieść o Tomaszu Mannie

Irlandzki pisarz lubi zajmować się literacko pisarzami, którzy mieli skłonności homoerotyczne i – z uwagi na wymogi czasów, w których przyszło im żyć – ukrywali je. Tak powstała książka...

Literacki roman(s) z Piotrem C.

„Miłość mojego życia poznałem w styczniu. Coś takiego musiało skończyć się nieszczęściem” – tak zaczyna się najnowsza powieść tajemniczego Piotra C., mieszkańca warszawskiej Ochoty....

„One Piece” to najobszerniejsza manga świata. Pewien artysta nietuzinkowo to wykorzystał

Artysta Ilan Manouach sięgnął po „One Piece", najdłużej wydawaną i najobszerniejszą mangę w historii, aby uczynić z niej bohatera swojego nowego projektu. Tym samym...

Achaja kończy 20 lat

Dziś nieco wspomnieniowo, bo w tym roku mija 20 lat od ukazania się pierwszego tomu „Achai” Andrzeja Ziemiańskiego. Jak mówił sam autor, ta książka nigdy nie...

MAGIC KNIGHT RAYEARTH, TOMY 1-6 – CLAMP

„Magic Knight Rayearth" to manga autorstwa czterech rysowniczek należących do słynnej na całym świecie grupy CLAMP. Seria ta, tak samo jak „Card Captor...
0
Would love your thoughts, please comment.x