JD Kirk: Stosy kości

Lubomir Baker recenzuje kryminał JD Kirka „Stosy kości”, pierwszą część z dużej serii z inspektorem Jackiem Loganem

Zaczynanie kolejnych serii książek jest jak kupno gigantycznej tabliczki czekolady. Wiemy od razu, że zjemy ją w całości… i że za godzinę będziemy się zastanawiać, czy nasze życie naprawdę na to pozwala, a jednak kupujemy, a jednak zaczynamy.

J.D. Kirk napisał bodajże 22 tomy kryminałów o inspektorze Jacku Loganie, dlatego lektura „Stosu kości” to kupno worka tabliczek czekolady. Żeby nie było, że nie ostrzegałem.

Powody

Sam zdecydowałem się na to wyzwanie, bo: przesłanka pierwsza: autor to Szkot; przesłanka druga: czytałem kiedyś książkę Szkota Petera Kerra „Pomarańcze w śniegu. Pierwsza zima na Majorce” i bardzo mnie ubawiła; przesłanka trzecia: lubię kryminały islandzkiej autorki Yrsy Sigurðardóttir, a Islandia to trochę jak Szkocja. Wiem, że to zupełnie bezsensowne tłumaczenie, ale tylko szaleństwo tłumaczy decyzję o zaproszeniu kolejnego inspektora do własnego życia. Po przydługim wstępie przystępuję do recenzji sensu stricto.

Przechodzę do rzeczy

„Stosy kości” to lektura na 1-2 wieczory i okazuje się, że jest to zaleta nie do przecenienia. Książka była jak powiew wiosny po ciężkiej zimie. Ledwo 336 stron, a mieści się na nich doskonale skonstruowana zagadka logiczna.

Przy tym zagadnieniu chcę zatrzymać się nieco dłużej. Kirk za nic ma aktualną modę na opasłe kryminały, których autorzy próbują zmieścić w każdym 800-stronicowym tomie wszystkie nieprawości tego świata, naprawić je i zachęcić czytelników, by zbyt ochoczo nie potępiali psychopatycznych zabójców. W tym celu opisują ze szczegółami dzieciństwo sprawców włącznie z wredną sąsiadką mieszkającą na końcu wsi oraz właścicielką złośliwego psa, którego złowrogie szczekanie niesie się za przyszłym mordercą przez całe życie. U Kirka nic takiego nie ma. Żadnych rozbudowanych wątków pobocznych, żadnego psychologizowania, prosta konstrukcja, niewielu ludzi i zmaganie z możliwościami własnego umysłu, by odkryć, kto morduje.

Inspektor Jack Logan, nasz bohater, który o dziwo wcale nie musi być okulawionym alkoholikiem, (chyba że te jego cechy ujawnią się w przyszłych tomach), przed laty ujął sprawcę morderstw na dzieciach. Dwójki z ofiar nie udało mu się znaleźć, dlatego odwiedza w szpitalu psychiatrycznym mordercę, zwanego Szeptaczem, który szeptem wabił swe ofiary. Nie wierzy w jego chorobę i uporczywie dopytuje, gdzie ukrył ciała chłopców. Pewnego dnia dochodzi do kolejnego porwania dziecka – modus operandi jest identyczny, dlatego Logan zostaje wezwany do Fort William, by prowadzić dochodzenie. Przy okazji ze skąpych, ale sugestywnych opisów dowiadujemy się, jak piękna jest Szkocja.

To dobrze napisany kryminał, pozwalający czytelnikowi skoncentrować się na szukaniu sprawcy i trzymający w napięciu. Jest scena, w której jak w klasycznym horrorze mamy ochotę krzyczeć: „Nie idź tam”, więc otrzymujemy w pakiecie także dreszczyk emocji. Zaletą są wartkie, niepozbawione odpowiedniej dozy humoru dialogi. Jednak nade wszystko doceniam fakt, że autor mając w poważaniu trendy epoki, porzucił zaglądanie do głowy sprawcy i powrócił do złotej ery kryminału, czyli czasów, w których morderstwo było niemal wydarzeniem towarzyskim. Równocześnie nie stylizował swej historii na motywy retro, ale wprowadził ją w XXI wiek.

Dałem się złapać stylowi J.D. Kirka (to pseudonim pisarza Barry’ego J. Hutchisona , ale to żadna wada).

Lubomir Baker

Podobne wpisy