Strona głównaA to ciekaweŻycie Mistrza. Czar powieści

Życie Mistrza. Czar powieści

Opowieść o jednej z najważniejszych powieści XX wieku i jej twórcy zacznę od niewybrednego żartu o Stalinie. Otóż zdarzyło się, że Stalin uratował dziecko. Jak do tego doszło? Kopnął je, a mógł przecież zabić. Przywołuję ten nieśmieszny dowcip, by wprowadzić Czytelników w klimat czasów, w jakich tworzył Michaił Bułhakow i oddać szeroko dyskutowaną relację między sowieckim dyktatorem a pisarzem.

Nim jednak Bułhakow został pisarzem i dramaturgiem, od 1909 roku kształcił się na Imperatorskim Uniwersytecie św. Włodzimierza na wydziale medycznym w rodzinnym Kijowie. Był synem historyka religii i profesora Kijowskiej Akademii Duchownej, a jego matka prowadziła stancję dla dziewcząt. W 1913 roku Michaił ożenił się po raz pierwszy z Tatianą Łappą, będącą córką urzędnika skarbowego. W 1916 roku po ukończeniu studiów został zmobilizowany i jako wojskowy lekarz pracował w szpitalu w guberni smoleńskiej, a po 1917 roku przeniesiono go do Wiaźmy. Gdy rozpoczęła się rewolucja w Rosji, Bułhakow rozważał emigrację. Udali się na nią jego bracia, ale ostatecznie pozostał w ojczyźnie. W tym czasie był uzależniony od morfiny, ale udało mu się przezwyciężyć nałóg, co znalazło odbicie w jego autobiograficznym opowiadaniu pt. „Morfina” powstałym blisko 10 lat później. Gdy nastąpiła demobilizacja, Bułhakow wrócił do Kijowa i rozpoczął praktykę w wybitnie potrzebnej po wojnie specjalizacji jako lekarz wenerolog.
Koniec wojny dla Europy nie oznaczał jej końca dla Rosji. W Kijowie trwały nieustanne walki, a w ich toku miasto przechodziło z rąk do rąk, tak że Bułhakow był mobilizowany przez białych, czerwonych oraz walczących o niezależny byt państwowy Ukraińców. Wojenne losy rzuciły go do Władykaukazu, gdzie zdecydował, że stanie się pisarzem i rozpoczął pracę jako dziennikarz. Trudno dziś nie odnieść się do tej decyzji z pewnym sceptycyzmem. W ówczesnej Rosji, rządzonej przez bolszewików z Leninem na czele, znacznie bezpieczniej było utrzymywać praktykę lekarską, niż szukać zarobku w pisaniu, tym bardziej, że władza czerwonych coraz skuteczniej i śmielej dyktowała narodowi nie tylko, co ma robić, ale i co ma myśleć. To zaś miało się odbywać poprzez prasę i powstające nowe utwory, pisane we właściwym, komunistycznym duchu, choć sam termin socrealizmu pojawił się dopiero po przemówieniu Gorkiego w 1934 roku. Jednak już w 1918 r. Rada Komisarzy Ludowych (czytaj Lenin) wydała dekret O  rewolucyjnym trybunale prasy, który szybko doprowadził do zamknięcia opozycyjnych wobec bolszewików gazet. Cenzurze poddano też wszelkie publikacje i inne dziedziny sztuki, takie jak teatr. Żaden z zapisków, listów ani żadne dzieło literackie autorstwa Bułhakowa nie wskazuje, by stał się on zwolennikiem dyktatury proletariatu, tym dziwniejsza jest jego decyzja. Pozwalam sobie domniemywać, że po prostu nie odnajdował się jako lekarz i czuł, że jego powołaniem jest zupełnie inna dziedzina życia. Jak wynika z jego późniejszych zapisów czuł misję służenia narodowi.W tym okresie powstały pierwsze dramaty Bułhakowa oraz, po przeprowadzce do Moskwy w 1921 r., „Notatki na mankietach”, „Diaboliada” i „Biała gwardia”. Ta ostatnia powieść przykuła wreszcie – może na nieszczęście – uwagę krytyki. Książka miała być według autora hymnem pochwalnym dla matki. Na jej podstawie powstał dramat „Dni Turbinów”, który przez szereg lat zapewniał Bułhakowowi stały, choć mizerny dochód. Grano go w najsłynniejszym teatrze radzieckim Moskiewskim Teatrze Artystycznym (MChAT) od 1926-1929 roku. Potem sztuka dostała zakaz i zdjęto ją z afisza. Miało się to zmienić dopiero po trzech latach, ale o tym za chwilę.

Zabrania się rozmawiać z nieznajomymi – znak o takiej treści stoi dziś na Patriarszych Prudach.

 

Lubow Biełozierska, druga żona pisarza.

Zanim przejdziemy do najważniejszych wydarzeń w życiu artysty, warto zanotować, że ożenił się jeszcze dwukrotnie: najpierw w 1924 roku z Lubow Biełozierską, ale pełnię małżeńskiego szczęścia osiągnął dopiero w związku zawartym z Heleną Siergiejewną Szyłowską w 1931 roku. Para romansowała przez dłuższy czas, a mąż Heleny był wysoko postawionym wojskowym, co w rzeczywistości radzieckiej czyniło z niej prawdziwą arystokratkę. Mieszkała w pięknym mieszkaniu, nie znała nędzy, w jakiej żyła większość społeczeństwa. Tym prawdziwsze wydaje się uczucie, które połączyło Michaiła z Heleną. Zrezygnowała dla niego z wygodnego życia, zdecydowała się na niepewność, niedostatek i warunki dalekie od komfortu. W najważniejszej powieści Bułhakowa doskonale rozpoznawalne są ówczesne realia poznania się i miłości Mistrza i Małgorzaty.

Małgorzata, czyli trzecia żona artysty.

Bułhakowowi, któremu pozwalano pisać do różnych gazet, zależało najbardziej, by wystawiano jego sztuki i pozwalano wydać powieści. Na to jednak się nie zanosiło, bo konsekwentnie nie pisał w myśl obowiązujących wzorców. Władzy zależało, by człowiek, którego nazwisko stawało się znane, jasno opowiedział się jako zwolennik Lenina, a potem Stalina i ich idei. Bułhakow zaś napisał opowiadanie science-fiction pt. „Fatalne jaja” opowiadające o naukowej pomyłce, w wyniku której doszło do rozmnożenia groźnych gadów. Odczytanie tej treści jako aluzji do radzieckiej rzeczywistości nie było niczym trudnym. Zaraz potem powstała minipowieść „Psie serce” – także będąca satyrą na radziecką rzeczywistość. Jej publikacji sprzeciwił się osobiście Lew Kamieniew – przewodniczący moskiewskiej rady miejskiej. Tak wysoka interwencja wskazuje, jak bardzo ważny był dla komunistów każdy nieprawomyślny głos i jak bardzo drżeli o zagarniętą władzę. Rękopis „Psiego serca” został skonfiskowany w domu pisarza podczas rewizji, którą przeprowadziło OGPU w 1926 r. Zabrano mu także zeszyty, w których prowadził dziennik.

Rękopisy nie płoną
Dla Bułhakowa była to prawdziwa tragedia. Czuł się ograbiony z najintymniejszych myśli. Rozpoczął proces wysyłania oficjalnych pism do wysoko postawionych postaci, by zwrócono mu dziennik. Doszło do tego dopiero w 1930 roku. W jednym ze swoich listów, które kierował do władz, napisał tak: „Osobiście, własnymi rękami, rzuciłem do pieca brudnopis powieści o diable, brudnopis komedii i początek powieści „Teatr””. Był to list z 28 marca 1930 roku. Równocześnie spalił też dzienniki. Czy pamiętają Państwo scenę, gdy Mistrz spalił rękopis powieści, która stała się początkiem jego końca? A pamiętają Państwo, jak Szatan osobiście uspokaja Małgorzatę, że rękopisy nie płoną. Tak, Bułhakow miał proroczą wizję, bowiem własnoręcznie spalone przez niego dzienniki odnalazły się w okresie pierestrojki. W 1989 r. pogrobowcy KGB „odnaleźli” w archiwach odpisy dzienników, jakich dokonano po ich konfiskacie. Wersja ta daleka była od doskonałości, bowiem przepisywacze mocno skracali, opuszczając całe fragmenty, popełniali też błędy. Ale niebawem nowe przetrząsanie archiwów przyniosło kolejny cud – znaleziono fotokopie, a te wolne już były od wad kopii.

Gdy bezpieka skonfiskowała pisarzowi prywatne zapiski, zdecydował się, by nigdy więcej ich nie prowadzić. Zachęcił za to żonę, by ta pisała własny dziennik. Helena wypełniła to zadanie doskonale. Przyzwoicie przygotowane redaktorsko wydanie dzienników obojga małżonków ukazało się w Polsce w 2013 r. pt. „Dziennik Mistrza i Małgorzaty”.
Z zawartych w nim zapisów bez trudu wyłuskać można informacje o warunkach życia autora – życie w nędzy lub na jej granicy było jego codziennością. Starczało na byle jakie jedzenie, ale już nie na ubranie. Bułhakow nieustannie zabiegał o zaliczki, pieniądze za publikacje, chodził po rozlicznych redakcjach, zanosząc rękopisy artykułów oraz utwory. Coraz częściej okazywało się, że nie ma mowy o jakiejkolwiek publikacji. Na Bułhakowie ciążył nieoficjalny, ale respektowany przez wszystkich zakaz druku i wystawiania jego sztuk. Bez pracy, bez środków do życia, bez nadziei na zarobek – w takich warunkach pisarz egzystował dłuższy czas. Władza próbowała w ten sposób wywrzeć presję, by napisał utwór z jej punktu widzenia pożyteczny, zgodny z duchem czasów. Tymczasem podczas przesłuchania przez OGPU Bułhakow kręcił sznur na własną szyję, gdy wypowiadał się w następujący sposób:
„Nie potrafię pisać o chłopach, ponieważ nie lubię wsi. Według mnie jest bardziej kułacka, niż ogólnie się sądzi.
Trudno mi pisać o środowisku robotniczym, ponieważ mimo że mam o nim większe pojęcie niż o chłopskim, nie znam go dostatecznie dobrze. No i mało się nim interesuję, gdyż jestem zajęty. Wyjątkowo żywo interesuję się rosyjską inteligencją, kocham ją i uważam za może i słabą, ale bardzo ważną warstwę społeczną. Jej losy i przeżycia są mi bliskie.
Z tego wynika, że mogę pisać wyłącznie o życiu inteligencji w Związku Radzieckim. Ale jestem z natury satyrykiem. Spod mojego pióra wychodzą rzeczy, które czasami ewidentnie ostro godzą w środowisko komunistyczne. Zawsze piszę uczciwie i tak, jak to widzę! Negatywne zjawiska w życiu Związku Radzieckiego przykuwają moją baczną uwagę, ponieważ to w nich instynktownie wyłapuję największą pożywkę dla siebie jako satyryka”.
Skoro nie mógł pisać i publikować, Bułhakow doszedł do wniosku, że spróbuje uzyskać zgodę na wyjazd zagranicę. Pisał w tej sprawie do stosownych organów. Oczywiście bezskutecznie. W 1929 roku napisał list bezpośrednio do Józefa Stalina. Podsumował w nim swoją działalność jako pisarza w ciągu 10 lat i wymienił wszelkie szykany, jakie go w międzyczasie spotkały, łącznie ze szkalowaniem go w Wielkiej Encyklopedii Radzieckiej oraz uniemożliwieniem obrony swoich interesów poza Rosją, w Berlinie i Paryżu, gdzie wystawiano jego sztuki na podstawie nieautoryzowanych wersji oraz bez jego zgody. Nawiasem mówiąc nie dostawał z tego tytułu żadnych pieniędzy. Na zakończenie listu do dyktatora napisał tak:
„Po dziesięciu latach moje siły są na wyczerpaniu, zaszczuwany, nie mogąc dalej tak egzystować, wiedząc, że ani wydawać, ani wystawiać swoich sztuk w ZSRR mi nie wolno, doprowadzony o rozstroju nerwowego, zwracam się do Pana i proszę o Pańskie wstawiennictwo przed Rządem ZSRR w sprawie WYDALENIA MNIE POZA GRANICE ZSRR WRAZ Z MOJĄ ŻONĄ L. J. BUHAKOWĄ, która dołącza się do tego podania”.
W liście do Maksyma Gorkiego prosił, by ten wsparł jego podanie o wydalenie z kraju, a list zakończył słowami: „Po co trzymać pisarza w kraju, gdzie jego utwory nie mogą zaistnieć? Proszę o humanitarną decyzję i wypuszczenie mnie”. Równocześnie zwrócił się z pisemną prośbą o wykluczenie go z Wszechrosyjskiego Związku Pisarzy. Potem pisał do różnych instytucji, ale jeden z listów, adresowany do rządu,w którym dosadnie napisał: „jestem obecnie skazany na nędzę, bruk i śmierć”, przyniósł wreszcie skutek. Stalin osobiście zadzwonił do pisarza i spytał go, czy chce pracować w Teatrze Artystycznym, a potem poradził mu, by złożył tam podanie, bo „wydaje mu się”, że go tym razem przyjmą. Obiecał też Bułhakowowi osobiste spotkanie, do którego nigdy jednak nie doszło.
Ten epizod z życia pisarza jest jednym z najbardziej niepojętych. Bowiem Stalin przywykł po prostu zabijać osoby, które stały na jego drodze, wobec Bułhakowa zachował się całkiem przyzwoicie, jak w cytowanym na wstępie dowcipie. Kopnął, mimo że mógł zabić. Doprowadził go do nędzy, kazał regularnie nękać, zaszczuwać, ale nie zabił. Specjaliści tematu mówią, że miał niewyjaśnioną słabość do jego sztuki „Dni Turbinów”, oglądał ją ponoć kilkanaście razy. Pewnego razu, gdy zaszczycił jeden z teatrów swoją obecnością, spytał po przedstawieniu, dlaczego nie grają jego ulubionej sztuki i upominając się o nią, niejako mimochodem, zdjął cenzorski zapis na Bułhakowa. Niewykluczone, że po głośnej, nie do końca jasnej śmierci popularnego w sowieckiej Rosji Majakowskiego w kwietniu 1930 r., doprowadzenie do śmierci kolejnego literata po prostu nie wyglądałoby dobrze i dlatego dyktator oszczędził pisarza. Co jednak naprawdę stało za decyzjami krwawego jedynowładcy, który nie wahał się mordować ludzi milionami, trudno dociec. Faktem jest jednak, że pisarza zatrudniono w teatrze, zaczął zarabiać jakieś pieniądze, dostał zlecenie na przygotowanie inscenizacji „Martwych dusz”, ale gdy napisał dramat o Molierze „Zmowa świętoszków”, noszony przez komunistów na rękach i prominentny Maksym Gorki skazał sztukę na śmierć, dając jej następującą recenzję: „Całkowicie się zgadzam z negatywną opinią pracy M. A. Bułhakowa. Trzeba tylko uzupełnić materiał historyczny i nadać powieści wydźwięk społeczny, konieczna jest zmiana jej „żartobliwego” stylu. W tym kształcie jest to niepoważna praca i (…) będzie ostro krytykowana”.

Pisarz ze swoim psem, 1937 r.

Stalin jednak liczył na to, że Bułhakow odzyska rozsądek. W pewnym momencie pod naciskiem „czynników” pisarz zgodził się napisać sztukę, której bohaterem będzie Stalin. Masę czasu zajęło mu przygotowanie materiałów, takich jak zbieranie informacji o Tbilisi i Batumi, docieranie do dokumentów, eksponatów dokumentujących czasu młodości i działalności wodza. W czasach bez internetu wymagało to wyjątkowej energii i zachodu. Bułhakow rozmawiał z wieloma rewolucjonistami z Kaukazu, którzy przybliżali mu wydarzenia sprzed paru lat. Ostatecznie „Batum” powstał w 1935 roku i został zakazany. Uznano, że to sztuka doskonała, ale… prawdziwa. Bułhakow był już wtedy w złym stanie. Z jednej strony dokuczała mu świadomość, że napisanie „Batuma” może rodzić podejrzenie, że sprzedał się władzy. Z drugiej strony znowu niczego mu nie wystawiano. Ponownie doszło do osobistej interwencji Stalina. Wódz na wieść, że Bułhakow jest chory, a jego stan pogarsza świadomość, że „Batum” nie pojawi się na deskach żadnego teatru, przybył do Teatru Artystycznego i powiedział parę dobrych słów o tej sztuce oraz o Bułhakowie jako cenionym przez niego twórcy. W efekcie podjęto decyzję o wystawieniu innej jego sztuki, wcześniej zdjętej z afisza, „Aleksander Puszkin”.

Najsłynniejsza powieść
Pierwsza wersja najsłynniejszej powieści o diable, który spaceruje po ulicach ateistycznej Moskwy, została spalona, jak już pisaliśmy, razem z dziennikiem pisarza. Jednak ponowne prace nad nią Bułhakow podjął na pewno w końcówce lat 20. i kontynuował je do śmierci w 1940 r. O jej fenomenie powstało wiele prac poważnych literaturoznawców. Warto jednak zwrócić uwagę na absolutne nowatorstwo autora. W jednej powieści toczą się dwie, pozornie niezwiązane ze sobą historie, dziejące się w dwóch różnych epokach: w radzieckiej Rosji lat 30. oraz w Judei w czasach Poncjusza Piłata. Szatan odwiedzający Moskwę z goryczą konstatuje, że ludzie nie wierzą nie tylko w Boga, ale i w niego też. Zdolni artyści palą swe rękopisy i trafiają do zakładów psychiatrycznych. W światku literackim rządzi miernota, a wszyscy chodzą na pasku, jak dziś nazwalibyśmy ten rodzaj materialnego uzależnienia, dotacji. Zagadką pozostaje, dlaczego w tej książce brak Boga, choć obecność szatana manifestuje się całkiem jawnie. Nawet skazany na śmierć na krzyżu Ha Nocri wydaje się być tylko prostym dobrym człowiekiem i umiera z imieniem Piłata na ustach. Zwłaszcza z tego powodu dowodzono, że Bułhakow mógł być satanistą. Choć przecież w rozmowie Wolanda z Mateuszem Lewitą pojawia się idea światłości, na którą Mistrz nie zasłużył, mimo że zasłużył na spokój. Piękna w tej powieści jest miłość – bezwarunkowa, skromna i dojrzała: Małgorzaty do Mistrza.

Nie ma reguły, która decyduje, że jakaś książka przechodzi do kanonu wielkich dzieł literatury. Historia „Mistrza i Małgorzaty” zajmuje w tym kanonie pewne miejsce i co bardzo rzadkie, nie starzeje się. Zapewne dlatego każde pokolenie chce mieć tę powieść opowiedzianą własnym językiem i stąd bierze się potrzeba nowych tłumaczeń. Pierwszy polski przekład, jeszcze w wersji ocenzurowanej, ukazał się w 1969 roku, a więc w dwa lata po radzieckim wydaniu. Dokonali go wspólnie Irena Lewandowska i Witold Dąbrowski. Na nową wersję trzeba było poczekać do obalenie komunizmu. W 1995 roku Andrzej Drawicz przełożył powieść na nowo. W ubiegłym roku w wydawnictwie Znak ukazał się przekład rodziny Przebindów, w tym roku Bellona oddała nowe wydanie w tłumaczeniu Jana Cichockiego.

Na koniec chciałbym zadać Państwu i sobie pytanie, co właściwie jest takiego w rozmowie, jaką odbył Woland z Berliozem na Patriarszych Prudach, dlaczego tak sugestywny jest opis bólu głowy, który trapi namiestnika, czemu pamiętamy, że Małgorzata niosła żółte tulipany i wiemy, jaki typ oleju udało się kupić komsomołce Annuszce? Poznawszy życiorys pisarza, przeczytawszy powieść w dowolnie wybranym tłumaczeniu, nadal pozostajemy nieświadomi źródła tego czaru, który każe nam po wielekroć wracać na bal u szatana, podczas którego damy piją czysty spirytus.

 

 

Bogdan Brodecki
redaktor naczelny Wydawnictwo Bellona

Inicjatywa nowego przekładu „Mistrza i Małgorzaty” powstała w naszym wydawnictwie i nie kierowaliśmy się żadnymi rocznicami, ponieważ czytelnicy przy zakupach też się rocznicami raczej nie kierują. Na naszą decyzję wpływ miała niesłabnąca popularność powieści Bułhakowa i jej stała obecność w rozmaitych rankingach czytelniczych jako jednej z najbardziej znaczących i ulubionych publikacji, przynajmniej jeśli chodzi o wiek XX. Po podjęciu decyzji o nowym przekładzie powierzyliśmy to zadanie doświadczonemu i  współpracującemu z nami od lat Janowi Cichockiemu, a on je przyjął, bo przecież Bułhakow to dla każdego tłumacza wyzwanie i satysfakcja. W momencie podejmowania decyzji nie wiedzieliśmy, jakie i ile nowych przekładów znajdzie się na rynku w czasie, gdy tłumacz, a potem my, będziemy pracowali nad książką. Niemniej jednak spodziewaliśmy się takich konkurencyjnych wydań i mimo to uznaliśmy, że znajdzie się nisza i dla naszego wydania, że są w Polsce znaczne kręgi społeczne, którym dzieło Bułhakowa jest nieznane i które dojdą do wniosku, że warto książkę zakupić i przeczytać. A wznowień czy nowych edycji nigdy nie za wiele, dopóki znajdą się chętni do lektury.

 

 

Jan Cichocki
tłumacz

Co spowodowało, że podjął się Pan pracy nad nowym tłumaczeniem „Mistrza i Małgorzaty”?
Inicjatywa nowego przekładu Mistrza i Małgorzaty należy do Wydawnictwa „Bellona”. Z tą zasłużoną książnicą (dość przypomnieć, że sięga ona korzeniami decyzji Marszałka Józefa Piłsudskiego z 1918 roku, a więc za kilka miesięcy będzie obchodzić sto lat) mam zaszczyt współpracować od szeregu lat, w niej ukazała się większość moich prac. Czy mogłem nie skorzystać z propozycji? Mówimy wszak o arcydziele literatury światowej, które cieszy się nieustającą poczytnością w naszym kraju. I nie bez powodu. W „kanonie literatury światowej XX wieku” powieść Michaiła Bułhakowa została uznana za najwybitniejszą. Tak więc dla tłumacza literatury jest to zaiste życiowa szansa. Następną okolicznością, która wpłynęła na to, że podjąłem się przekładu jest to, że jestem filologiem rusycystą. Od czasu moich moskiewskich studiów mocno fascynuje mnie twórczość Michaiła Bułhakowa. Do lektury jego utworów nieustannie wracam. I wreszcie fakt, że dzięki życzliwości „sieci przyjaciół” mogłem zapoznać się z ostatnią szóstą autorską wersją Mistrza i Małgorzaty, uznaną przez literaturoznawców za kanoniczną. Potem w Rosyjskiej Bibliotece Państwowej w Moskwie miałem okazję się nad nią pochylić. Ta przechowana przez żonę pisarza Jelenę najpełniejsza wersja, zaakceptowana przez Bułhakowa i nietknięta przez nożyce cenzury, stała się podstawą mojego przekładu.

Jak wiele czasu poświęcił Pan temu zadaniu?
Samo pisanie tłumaczenia zajęło prawie rok.

Co okazało się największą trudnością/wyzwaniem w tej pracy?
Najtrudniejsza była sama decyzja – czy ja mogę się podjąć nowego przekładu Mistrza i Małgorzaty? A jeśli spadnę z tak wielkiego konia? Jednak szansa zmierzenia się z arcydziełem przeważyła.

Czy w ogóle warto podejmować trud nowych tłumaczeń klasycznych dzieł, które funkcjonują już w powszechnej świadomości?
Nie tylko warto, ale trzeba! Przekłady żyją w określonym czasie i kontekście społecznym, mogą się mentalnie starzeć. Poza tym utwory klasyki są przedmiotem nieustannych badań filologicznych, są ujawniane nowe fakty, po nowemu interpretowane są pokazane w nich zjawiska – o czym nie wiedzieli poprzednicy. Wreszcie tłumacz jest tylko człowiekiem, może się pomylić, czegoś nie wiedzieć, nie sprawdzić, coś niewłaściwie zinterpretować. Ten następny ma szanse to poprawić. Poza tym wydanie książki podlega regułom rynku, praw autorskich, licencji wydawniczych, często więc wydanie własnego nowego przekładu jest dla wydawnictwa bardziej opłacalne. Chwała więc tym wydawcom, którzy uzupełniają wyczerpane nakłady klasyki literatury

Z pewnością zna Pan prace swoich poprzedników, łącznie z ubiegłorocznym wydaniem tłumaczenia rodziny Przebindów. Jakie są ich wady i zalety? Które było Pana ulubionym?
Znałem dwa pierwsze przekłady Mistrza i Małgorzaty – Witolda Dąbrowskiego i Ireny Lewandowskiej oraz Andrzeja Drawicza. Mój przekład miał być – po latach – trzeci. Presji nie odczuwałem, raczej głęboki szacunek dla dokonań szacownych kolegów translatorów. Jednocześnie jednak uważna lektura tamtych tekstów otwierała przede mną szanse.
Gdy złożyłem moją pracę w wydawnictwie pojawiły się aż dwa nowe przekłady powieści Bułhakowa. Porównywanie – teraz już pięciu – wydań zostawmy teoretykom przekładu i recenzentom, nie mnie się o nich wypowiadać. Mogę co najwyżej stwierdzić, że poza pionierskim przekładem Dąbrowskiego-Lewandowskiej najbardziej bliskie mi jest tłumaczenie Mistrza i Małgorzaty Krzysztofa Tura.

Co decyduje o tym, że tłumaczenie jest dobre? Przecież nie wystarczy doskonale znać język, z którego się tłumaczy. Co okazuje się kluczowe: wierność oryginałowi, oddanie nastroju i stylu autora oryginału, dostosowanie języka do współczesnego odbiorcy?
Ha, długo by o tym mówić. A i wylano już na ten temat morze atramentu. W skrócie (i nie mówię tu o sobie!) można uznać, że dobra znajomość języka oryginału jest poza dyskusją. Trzeba dobrze, w szczegółach zrozumieć podstawę tłumaczenia. Znać środowisko, detale życia, które autor pomieścił w swoim utworze (a przynajmniej zadać sobie maksimum wysiłku, żeby je zgłębić). Z szacunkiem i troską należy odnosić się do języka epoki danego dzieła. Można Wojnę i pokój Lwa Tołstoja przełożyć na slang polskiej młodzieży, tylko po co? Z drugiej strony – coś jest na rzeczy – dzieła klasyków XIX, czy XX stulecia muszą być dostępne dla dzisiejszego czytelnika, zwłaszcza młodego, który w ogóle ma problem z czytaniem ze zrozumieniem. Na dobitkę grubej książki. Potrzebny jest więc ów złoty środek. Wracając do języka oryginału i języka tłumaczenia zaryzykuję tezę, że ważniejsza jest doskonała znajomość języka przekładu. Tego, na który się tłumaczy. Jeden przykład z tłumaczenia z języka rosyjskiego na polski: otóż język rosyjski ma bogatszą synonimikę, więc żeby znaleźć taki ekwiwalent, takie środki wyrazu, żeby nie spłaszczyć, nie uszczuplić wartości oryginału trzeba dobrze znać i czuć język polski.
A poza tym? A poza tym jest takie „coś”, co jedni mają, inni zaś jakby mniej, a co sprawia, że właśnie ten, a nie inny utwór staje się chętniej czytany…

Z którego ze swoich tłumaczeń jest Pan najbardziej zadowolony?
Mistrz i Małgorzata jeszcze we mnie żyje, więc niełatwo mi wracać do poprzednich książek. Z ponad dwudziestu wydanych przekładów największą radość sprawiły mi dwa: Wilcza farma Wołodymyra Jaworiwśkiego (Wydawnictwo Adam Marszałek, 2012), oraz Swietłany Alliłujewy Córka Stalina i Dwadzieścia listów do przyjaciela (Bellona, 2014).

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

PRODUCENCI – ANTOINE BELLO

Ostatnio często się słyszy – „ słowo jest tanie, bez wartości”, papier przyjmie wszystko. I jest w tym sporo racji, ale dziś głównie przekaz...

STARZY LUDZIE NIE ISTNIEJĄ – MAŁGORZATA WĘGLARZ

„Żyjemy w świecie, gdzie wszystko musi dziać się szybko, pędzimy byle dalej, byle lepiej. W naszym świecie starzy ludzie nie istnieją." - cytat z...

Jak smakuje trucizna? Zapytajcie Neil Bradbury

Podtytuł tej książki brzmi: „11 najbardziej śmiertelnych trucizn i historie morderców, którzy ich użyli”. Autor jest profesorem fizjologii i biofizyki. Ma zdecydowanie niekonwencjonalną metodę na szerzenie wiedzy,...

„Czarodziej” Colma Tóibína – opowieść o Tomaszu Mannie

Irlandzki pisarz lubi zajmować się literacko pisarzami, którzy mieli skłonności homoerotyczne i – z uwagi na wymogi czasów, w których przyszło im żyć – ukrywali je. Tak powstała książka...

Literacki roman(s) z Piotrem C.

„Miłość mojego życia poznałem w styczniu. Coś takiego musiało skończyć się nieszczęściem” – tak zaczyna się najnowsza powieść tajemniczego Piotra C., mieszkańca warszawskiej Ochoty....

„One Piece” to najobszerniejsza manga świata. Pewien artysta nietuzinkowo to wykorzystał

Artysta Ilan Manouach sięgnął po „One Piece", najdłużej wydawaną i najobszerniejszą mangę w historii, aby uczynić z niej bohatera swojego nowego projektu. Tym samym...

Achaja kończy 20 lat

Dziś nieco wspomnieniowo, bo w tym roku mija 20 lat od ukazania się pierwszego tomu „Achai” Andrzeja Ziemiańskiego. Jak mówił sam autor, ta książka nigdy nie...

MAGIC KNIGHT RAYEARTH, TOMY 1-6 – CLAMP

„Magic Knight Rayearth" to manga autorstwa czterech rysowniczek należących do słynnej na całym świecie grupy CLAMP. Seria ta, tak samo jak „Card Captor...
0
Would love your thoughts, please comment.x